A gdybyśmy wszyscy byli jak Chylińska, Nosowska i Rojek?

Jakiś czas temu internet obiegł do bólu prawdziwy wywiad z Agnieszką Chylińską, znaną dobrze wokalistką i jurorką programu Mam Talent. Zdziwiły mnie tak liczne pozytywne komentarze – co aż tak ciekawego jest w kobiecie przyznającej się otwarcie do swojego bólu i zmagań od lat ukrywanych przed ciekawskim okiem dziennikarzy i publiki? Czy chodzi o nią samą, czy może o szczerość, która posunięta jest w tym wywiadzie do granic możliwości? Co zatrzymuje nas przy tej wychudzonej, złamanej na duchu i chyba niezbyt nieszczęśliwej kobiecie? Czemu przyklaskujemy jej i dziękujemy?

Nosowska jest następna. Z głośników radia słychać wkurzony głos: Ja pas! Jakiś czas temu u fryzjera z nudów sięgnęłam po kobiecy magazyn i przeczytałam z nią wywiad. O tym, że ma już dość ukrywania, że całe życie walczyła ze swoimi demonami, a największym jej wrogiem jest jej własna głowa, w której toczy się wojna 24/7. Zachwyciła mnie, chyba tak samo, jak Chylińska zachwyciła szerokie grono youtube’owych komentatorów. Mówiła szczerze, bez ogródek, bo po co? Przychodzi w życiu moment, gdy ma się dość nakładania masek i działania pod czyjeś dyktando. Nie umiesz już być salamandrą czy kukłą, zrzucasz skórę, ucinasz sznurki i próbujesz po raz pierwszy wziąć samodzielny oddech. Na wpół się tym upajasz, na wpół dusisz, ale przynajmniej wiesz, że to już twoje i tylko twoje. Bez tego nieszczęsnego oprawcy gotowego w każdej sekundzie docisnąć ci stryczek na szyi.

W końcu przypomina mi się Rojek – pamiętam tę podróż na wakacje, gdy słuchałam jego płyty i do głębi przenikała mnie jego walka z przeszłością. Mam dosyć wspomnień, że ktoś mnie goni, że brak mi tchu. Jego dialogi z ojcem i matką ukryte w tekstach piosenek jeżą włosy na rękach. Wynoś się ze mnie! – kilkadziesiąt lat wewnętrznej niewoli będącej skutkiem życia z ojcem sadystą i krytykiem doprowadza go w końcu do wściekłego ryku i pragnienia ostatecznego oswobodzenia. Nie sposób całe życie dyskutować z demonem w twojej głowie. Któregoś dnia wstajesz i po prostu już wiesz, że to pora, by go oddelegować.

Wściekłość, rozdzierające serce cierpienie, rozpacz, stąpanie po cienkim lodzie obłędu, rzucanie się w ramiona niewłaściwych osób, aby na nasze wygłodzone i zmaltretowane serce skapnęła choć kropla miłości – to niestety rzeczywistość sporej części z nas. Nie widać tego w autobusie, nie widać w pracy, nie widać w kolejce do kasy. Zamglone i zmęczone oczy kasjerki to nie tylko 10 godzin pracy w niegodziwych warunkach, ale również depresja i samotność. Piskliwy śmiech sąsiadki to nie tylko upierdliwość jej charakteru, ale też paniczny lęk przed odrzuceniem. Nowe gadżety technologiczne kolegi to nie tylko jego pasja, ale też dramatyczne poczucie pustki. Wielu z nas pod tysiącami warstw pozorów skrywa cierpienie, do którego nie wpuszcza absolutnie nikogo.

Najgorsze jest jednak to, że naszego cierpienia nie widać również w najbliższych relacjach. Nie rozmawiam z nikim, z nikim się nie dzielę, śpiewa Rojek. I to jest największy nasz błąd, największa porażka. Wychowani do cierpienia nie potrafimy go nawet z nikim podzielić. Ile użytych słów, a wciąż nie wystarczająco dosłownych, ile gestów wołających o pomoc, ale zbyt niezrozumiałych, ile niemych krzyków nocami, których nikt poza strasznym uchem ciemności nie słyszy. Tak wielu z nas mogłoby napisać książkę o własnych wojnach toczonych w samotności i wyszłyby z tego monumenty na miarę Dostojewskiego.

Szkoda tylko, że nie dajemy czytać tych historii drugiemu człowiekowi obecnemu obok nas w codzienności, zamiast tego decydując się na pozorne: Wszystko ok, Jakoś leci, Do przodu. Stajemy się w ten sposób masą pozornie szczęśliwych Kowalskich, spośród których 10% jest alkoholikami, 10% choruje na depresję, 10% myśli o samobójstwie, a część w końcu je popełnia. Z tego wszystkiego zostaje jakieś 10% szczęśliwych i są to zazwyczaj ci, którzy potrafili bez lęku opowiedzieć o prawdziwym sobie, prosząc o pomoc i przyjmując ją bez skrępowania.

Jung powiedział, że samotność nie wynika z tego, że nie ma przy tobie ludzi, ale z tego, że nie jesteś w stanie zakomunikować rzeczy, które są dla ciebie istotne. Może masz przy sobie ludzi, którzy posłuchaliby cię, gdybyś potrafił im siebie opowiedzieć? Może tak naprawdę masz już dość zakneblowanych ust i chciałbyś w końcu się ujawnić? Może jak Chylińska udzielisz wywiadu życia dla twojego bliskiego przyjaciela? Albo jak Nosowska wyjdziesz z cienia, zrobisz afro i powiesz w końcu, jak wściekły jesteś? A może jak Rojek poddasz głębokiej analizie swoje relacje z rodzicami i po prostu wyznasz komuś otwarcie swoje rozczarowanie?

Tu nie chodzi o jakąś chwilową przygodę z emocjonalnym ekshibicjonizmem. Tu chodzi o zmianę postawy – byśmy w końcu dali się przekonać, że chowanie cierpienia do własnych, pilnie strzeżonych szufladek, to najgorsze możliwe rozwiązanie, droga w dół po równi pochyłej. Ten wstyd, to wycofywanie trudnych treści z relacji, nie tylko nie pomaga nam rozwiązać problemu, a wręcz potęguje cierpienie. To w ten sposób w którymś momencie w człowieku niezdolnym już do niesienia swoich ciężarów pojawia się myśl o wypiciu kolejnej butelki, zostaniu w łóżku zamiast pójściu do pracy, a w końcu nawet o odebraniu sobie życia. To właśnie przez to izolowanie się człowiek nabiera dojmującego przekonania, że jest samotny. Przez zamroczone cierpieniem okulary nie widzi, że otaczają go ludzie chętni do poniesienia jego ciężarów razem z nim.

Co byłoby, gdybyśmy wszyscy byli jak Chylińska, Nosowska i Rojek? Wkurzyli się i w końcu powiedzieli, jak jest naprawdę? Czy naprawdę musimy tak aż do zagryzienia warg, aż do szpiku kości, aż do obłędu pilnować naszych prawdziwych historii, jakby one miały kogoś zbyt przestraszyć, zbyt obciążyć czy obrzydzić? Hiroshima znów zatańczy, znów zaśpiewa Nagasaki. Nosowska wyraża nadzieję nas wszystkich – choć po naszych sercach przejechał walec, po naszych duszach przetoczyły się ciężkie czołgi, a nasze ciała przebiły ostre jak sztylety naboje karabinów, w końcu zmartwychwstanie radość, uśmiech i pogoda ducha. Aby jednak to się stało, musimy pomóc nadziei otwierając drzwi swojego cierpienia przed drugim człowiekiem. Tylko wtedy zdołamy wypuścić ból na wolność, a siebie zrodzić do nowego życia.

Brak odpowiedzi

Napisz odpowiedź