WIELKI POST: Jak zdążyć się nawrócić w 40 dni?

Jest 11:30, poniedziałek. Większość z nas siedzi już przed komputerami w pracy, sączy kawę lub je kanapkę. Jeśli ta sama większość z nas nie spojrzała jeszcze dziś do Słowa, nie podniosła choć na chwilę głowy ku Górze, to mamy poważny problem z Bogiem i pierwszy powód do nawrócenia. A On pewnie cieszy się, że może nas nieco pouwierać myślą o czterdziestu dniach innych, niż wszystkie.

*

Czterdzieści dni – tylko tyle. Miniaturowy wycinek czasu, który normalnie nawet nie zwróciłby naszej uwagi. Po Bożemu te dni są specjalne, ale nasza codzienność niczym specjalnym się przecież nie różni między 14. lutego a 1. kwietnia. Żyjemy, pracujemy, działamy. Zaprzęgnięci w dosyć nudną machinę spraw, w której wołanie o głęboki sens mocno już wyblakło. Czy w tej rutynie zdołamy przykuć naszą uwagę do Boga na tyle, by te czterdzieści dni odmieniło naszą rzeczywistość  n i e  d o  p o z n a n i a ?

*

Dni do nawrócenia. Szybkie dni wołające o pilną zmianę. Zmień myślenie i uwierz w Dobrą Nowinę. Czy większości z nas choć trochę nie drapią, nie szczypią te słowa?

*

Ale jak? Jak zmienić myślenie, jak uwierzyć? Co zrobić? Wydaje nam się, że nie mamy wielu narzędzi. Nerwowo przeszukujemy internet – co mówią księża? Gdzie są fajne rekolekcje? Co wyświetli Google jak wpiszę: „postanowienia wielkopostne”?

*

Gubimy się w tym zaskakująco łatwo, neurotycznie zapętlamy. Chcemy, a nie wiemy jak. Mamy tysiące pytań, lecz komu je zadać? Szybko przenika nasze serca znana już myśl – i tak nie zdążymy, i tak nic z tego. Jest już za późno, nie jest za późno – powtarzamy za Stachurą. Narastające napięcie między nadzieją a jej brakiem. Czy zdążę? Czy zdołam? Którędy droga do Boga, ale tym razem tak na serio?

*

Zadajemy sobie te pytania, zamiast wyjść na pustynię. Czekamy na odpowiedzi, zamiast na pustyni poznać odpowiedzi. Na pustynię ją wyprowadzę ją i będę mówił do jej serca (Oz 2,16). Jezus nie czekał ani chwili, wiedział, że czas się wypełnił. Natychmiast po chrzcie, w którym zostało mu objawione, kim jest, został wywiedziony na pustynię. Dał się kusić, lecz ze złem nie dyskutował – zamykał mu usta świadomością tego, co przy chrzcie usłyszał od Ojca: Tyś jest mój Syn umiłowany (Mk 1,11). Z kuszenia wyszedł zwycięsko, bo zwycięstwo zapewnił mu Ojciec. I my zwyciężylibyśmy, gdybyśmy wyszli.

*

A my już na wstępie popełniamy szereg błędów. Nie wychodzimy na pustynię, nieustannie dyskutujemy ze złem, kłócimy się z Bogiem:

– Boże, jest już za późno.

– Dziecko, nie jest za późno.

– Ale Boże, mówię Ci, jest już za późno…

Zbyt szybko, zbyt często, dajemy się zwieść iluzji braku nadziei. I zawsze musimy mieć ostatnie zdanie.

*

Być może zbyt długo już czekamy. Tak długo, że zobojętnieliśmy. Bo jest taka granica czekania, za którą już się nie czeka. Za którą przyjmuje się niechcianą rzeczywistość, okrasza ją rozczarowaniem i zgorzknieniem. Zapomina się o nadnaturalności Boga, wszystko staje się boleśnie naturalne. Zwykłe. Za tą granicą nie ma już entuzjazmu, nie ma już wybuchu fascynacji, jak u nawróconego neofity, który swoim pierwszym Wielkim Postem cieszy się jak głupek.

*

Pies pogrzebany jest u podstaw – jak mamy wierzyć w Boga, skoro uwierzyliśmy już w siebie? Doskonale opracowane codzienności spraw i zadań. Nie jesteśmy w tym najszczęśliwsi, ale całkiem stabilni. Mamy pracę, pieniądze, smartfony, gadżety. Uczucia zepchnęliśmy do piwnicy, a jak któreś wyjdzie to potraktujemy je tą czy inną tabletką przeciwbólową. Niepokój zanegujemy szybką przyjemnością, brak relacji wirtualnym światem. Jest spoko. Jest ok. Może być.

*

Tylko ta niejasna, upierdliwa już tęsknota za czymś bliżej nieokreślonym. Przytulić się do kogoś? Znaleźć męża, żonę? Zbudować dom? Zarabiać więcej pieniędzy? O co chodzi? Nie możemy sobie z tym poradzić. Pogrąża nas coraz bardziej świadomość, że kolejne zaliczone cele nie prowadzą nas bliżej źródła.

*

W znane koleiny nieszczęścia wpadamy po tysiąckroć tak samo, ale jak uparte osły nie chcemy porzucić niedziałających strategii. Będziemy pomstować, że nic się nie zmienia, ale sami nic nie zmienimy. Wysiłek? Dyscyplina? Wytrwałość? Choć w te czterdzieści dni usłyszymy o nich częściej, niewielu z nas postanowi poprawę i rzeczywiście wprowadzi ją w czyn.

*

Jak zdążyć się nawrócić w czterdzieści dni… czy to nie jest głupie pytanie? Bóg nawróci nas w  s e k u n d ę, tu i teraz, przy tej kawie, przy tej kanapce. Przełknij tylko, zamknij oczy i powiedz: Boże, teraz. Oddaję Ci siebie. Koledzy obok Ciebie nawet nie zdążą zobaczyć, że to było inne niż zwykle zamknięcie oczu. Że w te trzy sekundy nie nawilżałeś zmęczonych komputerem gałek ocznych, a zmieniałeś raz na zawsze swoje życie.

*

Zdążyć się nawrócić to zdążyć zaufać. Nie wypełnić nieskończoną listę postanowień, nie przestać się objadać, oglądać filmiki na YouTube’ie, krzyczeć, gdy się zezłościmy czy masturbować. Nawet nie modlić się codziennie pół godziny z zegarkiem w ręku, nie starać się własnymi siłami być świętymi.

Zdążyć się nawrócić to zdążyć się zatrzymać, skupić. Zajrzeć do środka siebie w ciszy i spokoju.

Macie Boga w sobie, to jest aż takie proste. Nie rozumiecie?

Jeszcze nie rozumiecie? (Mk 8,21)

***

Nawrócenie to metanoia, czyli zmiana myślenia. W tej zmianie myślenia niezwykle pomaga weekendowy kurs Żyj po Bożemu, który już 3-4. marca w Krakowie. Dołącz do nas, zostało kilka wolnych miejsc!

Więcej informacji: http://bit.ly/2wvwlne

Brak odpowiedzi

Napisz odpowiedź