relacje, ból, wstyd

Otwórzcie się wszyscy, którzy utrudzeni jesteście

Wieczorne promienie słońca oświetlają twarze kilkunastu kobiet. Piękne, chwilami złamane na duchu, lecz w końcu pocieszone, odzyskujące wiarę mimo rozczarowania. Trudny dzień konfrontacji z własnym bólem dobiega końca, zmęczenie daje się we znaki, ale nikt nie chce jeszcze schować się pod kołdrę i zasnąć. Ta magia bycia razem, dzielenia się nawet najtrudniejszymi uczuciami, siła wspólnoty i jedności – to coś, co sprawia, że możemy tak w nieskończoność. Intuicyjnie, choć wbrew pierwszemu odruchowi ucieczki, poznałyśmy, że to dzielenie się bólem z innymi przynosi ogromną ulgę. Wylewając łzy w towarzystwie drugiej osoby, odsłaniając swoją długo ukrywaną biedę, stawiając wstydliwe sprawy w świetle – to wtedy tak niespodziewanie doświadczamy wolności.

Tak, odruchowo wszyscy robimy odwrotnie – u k r y w a m y. Chciałabym czasem zważyć ciężar bólu, który każdy z nas chowa po kątach, udaje, że go nie ma. Uśmiechy przyklejone do pierwotnie smutnych twarzy, słowa: dobrze, mam się dobrze skrywające bolesne tajemnice. Ile by tego było? Kilogramy, tony? A może raczej skończyłaby się miara?

To takie naturalne, schować swoją nagość. Nie my pierwsi to zrobiliśmy przecież, powtarzamy tylko stary błąd ukrycia słabości przed wszystko widzącym okiem. Uwierzyliśmy kłamstwu, że to oko nie kocha, lecz ocenia – i teraz wciąż obawiamy się, że inni nas potępią i odrzucą, gdy zobaczą, jacy jesteśmy słabi, jacy niedoskonali. Nie do wyobrażenia staje się opcja, że moglibyśmy sobie dać miłość zamiast nienawiści, akceptację zamiast oceny.

*

A tak właśnie się stało w te dwa czerwcowe dni nad Stawem Otwartym. To miłość magicznie wygrała, gdy przyznałyśmy się do bólu. Dwanaście kobiet, ciepłe, prawie letnie słońce i nasze historie – takie, które bezpieczniej byłoby schować w szczelnie zamykanych skrzyniach, niż ugłaśniać je wśród ludzi, od których oczekujemy pełnej akceptacji. Co takiego się wydarzyło, że przez nas odrzucane opowieści, rodzące w naszym sercu wszechogarniający wstyd i smutek, w innych zrodziły pragnienie wsparcia, zrozumienie, empatię? Co takiego?

To proste, aż tak proste – jesteśmy jedni i ci sami. Cierpienie mamy to samo, zmaganie czasem niemalże identyczne. Utrudzenie, obciążenie – jednolite. Czy nie wszyscy z taką samą nadzieją i entuzjazmem reagujemy na słowa Jezusa o tym, że gdy jest nam ciężko, mamy przyjść do Niego? Czy to przypadek, że dla tak wielu z nas to ulubione słowa Ewangelii?

*

Iluzją jest, że nasze cierpienie wymaga schowania i niekończącego się wstydu. Są setki, tysiące, miliony ludzi, którzy przeżyli to samo. Naszym ratunkiem nie jest udawanie, że nic nie przeżyliśmy, a raczej postawienie swojej historii w świetle.

Błogosławiona będzie chwila, gdy przekonamy się, że nikogo nie przerażają nasze rany, nikt nie odsuwa się z obrzydzeniem, nikt nie patrzy z pogardą. Wręcz przeciwnie – ku nam szybko wyciągną się ramiona skłonne do przytulenia, słowa otuchy wypłyną z zaskakująco dużej ilości ust. I zaraz potem wydarzy się jeszcze jedno – moja historia zachęci tę drugą historię, by wyszła z cienia. Moja wolność zaprosi kolejną wolność. Choćbym nawet wypłakała ocean łez, nie będą to bezproduktywne, nic nieznaczące łzy – sprowokują one kolejne łzy, kolejne oczyszczenie.

Ból podzielony stanie się bólem uwolnionym. Samotny wstyd straci swą siłę, gdy zniosę napięcie ujawnienia go. Łzy zduszone w piersi popłyną ulgą, gdy pozwolę im na bycie zobaczonymi. To działa zawsze tak samo – nasze utrudzenie przestaje być aż tak ciężkie, gdy otwieramy się przed drugiem człowiekiem. Bo prawda jest taka, że nie możemy bez siebie żyć. Nie ma drogi na okrętkę, apki w smartfonie, superserialu o miłości, który zastąpi nam to, co dzieje się, gdy drugi człowiek jest naprzeciwko nas i słucha, kocha, akceptuje. Nie ma. I prawda jest taka, że – choć w lęku chcemy się wycofać – wcale nie musimy przeżywać naszych historii osobno.

Bo to nie są zwykłe historie – to historie stworzone do tego, by być dzielone.

***

Wpis powstał na kanwie doświadczeń dwunastu kobiet, które wzięły udział w organizowanych przez Żyj po Bożemu warsztatach Powrót do serca, w którym pała życie w Stawie Otwartym w Warszawie. Za gościnę dziękuję Markowi i Lili Cichym, dobrym ludziom o wielkim sercu, którzy udostępnili swój ciepły dom nad stawem, abyśmy my mogły cieszyć się czasem rozwoju i swoim towarzystwem. Z całego serca polecam!

6 komentarzy

  • Martyna

    17.07.2017 o 08:58 Odpowiedz

    Piękne. Czy jest planowana powtórka?

    • Maria Krzemień

      25.07.2017 o 15:08 Odpowiedz

      Dziękuję!
      Być może, na razie nie wiem. Zazwyczaj jest tak, jak Duch powieje 😉 Jeśli tak, to nie wcześniej, jak latem 2018.

  • Beata

    22.09.2017 o 09:44 Odpowiedz

    Robisz bardzo dobrą robotę. Tez się przekonalam,że skrywanie trudnych sekretow głęboko w sobie ,nie pozwala na rozwiazanie ich, na ulge. Natomiast podzielenie sie Nim z drugą osobą często powoduje,ze ona tez chca zrzucic z siebie jakis skrywany ,trudny sekret.pozdrawiam

  • Marzena

    01.01.2018 o 19:13 Odpowiedz

    Bardzo chciałabym przyjechać na takie warsztaty.

    • Maria Krzemień

      01.01.2018 o 20:02 Odpowiedz

      Na razie nie planuję powtórki tych konkretnie warsztatów, ale zapraszam na inne! 🙂

Napisz odpowiedź