oswajanie niemocy

Oswojona niemoc

W końcu jasny i piękny weekend, pierwszy od tak dawna. Plany, zamierzenia, cele. Serce i ciało wyrywają się do świata, chcą, pragną. I to nieustanne nienasycenie, niezaspokojenie, ono mówi, że na pewno gdzieś jest jeszcze więcej tego, czego mi trzeba, że gdzieś na pewno odnajdę miejsce, w którym odpocznę. To wszystko na raz, mocno we mnie, odzywa się po wielokroć. Intensyfikacja – czy ma związek z wiosną, obfitym kwitnieniem, rozrastaniem? Patrzę przez kuchenne okno na odległe żółte pola rzepaku i jakieś dziwne wyrywanie się ku niemu, jakby tam właśnie miało być to coś, czego szukam.

I ten jeden poranek – n i e s p o d z i e w a n y. Ból gardła, zapchane zatoki. Czemu, skoro w końcu lato? Jak to się robi, choruje w maju? Nie wiem, jestem zagubiona. W głowie buzują plany, które przecież muszą się dokonać. Więc walczę – hektolitry herbaty, gigadawki witaminy C i udawanie, że nic mi nie jest. Zdaję się nie dostrzegać, że ciało dziwnie słabe, widoki zza mgły, przytłumione dźwięki i zapachy. Nie, bo nie! Już jutro weekend, już jutro świeżość, życie, radość. Zasypiam z myślą, że właśnie jutro odmieni się wszystko, a po wirusach nie będzie śladu.

A jednak budzę się jutro szybko wiedząc, że przegrałam. Węzły chłonne powiększone bardziej jeszcze, gorąco, gorąco! Do pokoju wpada upalne słońce i nic nie ułatwia, o dziwo. Serce jakieś smutne, niepewne – jak zachować się wobec spraw, które miały się wydarzyć? Jak pogodzić niemoc z potrzebą mocy? Nie wiem tego jeszcze przez kilka porannych godzin. Wciąż zachowuję się tak, jakbym była zdrowa. Cała napięta, imituję siłę. Parzę kawę, będzie dobrze, siadam do piątkowego rozkładu jazdy, przede mną sporo pracy. Próbuję, minuta za minutą, godzina mija, a ja dalej w punkcie wyjścia. Nie jestem w stanie myśleć, robić nic twórczego. Boli mnie głowa, jest mi gorąco, czy jestem w stanie jeszcze dłużej się oszukiwać? Siadam w fotelu, biorę głęboki oddech i mówię: Tato, nie tak miało być... To banał przecież, a nie żadne wielkie egzystencjalne rozdarcie – weekendowe plany przegrały z przeziębieniem, ot tyle tylko. A jednak przeżywam to jako wielką utratę kontroli, niejasne poczucie ogromnej niesprawiedliwości. Jakby właśnie teraz omijało mnie coś cholernie ważnego. Tato, dlaczego? Dlaczego?

*

To moje Dlaczego?  w sekundę staje się emfazą wszystkich moich życiowych Dlaczego?  Nie wiedzieć czemu nagle z moich oczu płyną łzy ciepłe jak podwyższona temperatura mojego ciała. Moje wszystkie bóle, rozczarowania, straty migają mi w kalejdoskopie pamięci. Moje niepogodzenie, niezrozumienie, żal. W końcu też moje własne błędy okupione konsekwencjami, schematy działania ciągle oddalające mnie od szczęścia. Orientuję się, ile walk za mną, ile przede mną. Płaczę, lecz nie z rozpaczy. Płaczę, bo zaczynam rozumieć. Z mętliku myśli, trudnych doświadczeń, żalów i rozczarowań całego mojego życia układa się prosty i zrozumiały obraz. To tak, jakby Bóg nagle wszystko mi wytłumaczył. Choć słyszę od Niego zaledwie kilka krótkich słów, mam wrażenie, że wyjaśnia mi całe moje życie.

*

Kilka godzin później, siedząc w kolejce do lekarza, uświadamiam sobie, co właściwie się wydarzyło. Gdy na szpitalnym telewizorze wyświetla się cytat dnia: Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą, to choć w 100% zgodzę się ze św. Augustynem, będę miała jednak swoją wersję doświadczeń. Będę wiedzieć, że zwyciężam, bo odpuszczam. Zrozumiem, że ulgę dało mi oswojenie niemocy, pozwolenie sobie, by było kiepsko, by nie wyszło mi nic, bym nie była zdolna do niczego. Że łzy popłynęły dopiero wtedy, gdy przestałam nadganiać własne oczekiwania, własną doskonałość, własne zamierzenia.

To ulga, wielka ulga, że nie zawsze muszę być pięć kroków do przodu i dziesięć centymetrów nad ziemią. Że On, doskonały Stróż wszystkich spraw, wkracza wspaniale do akcji, gdy ja odpuszczam. Razem z Nim oswajam swoją niemoc, przyjmując ją za całkowicie naturalny stan rzeczy. A gdy to robię, zbieram zaskakujące owoce: wolność do bycia niedoskonałą, radość życia bez przymusu, prawo do bycie byle jaką. To naprawdę cenne zdobycze: w końcu czuję, że życie przestaje być ciężarem, a zaczyna być możliwością i szansą.

***

Ps. Zapisek na marginesie: „Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski” (Mt 5,48) – koniecznie pamiętać, że chodzi o doskonałość miłości, a nie doskonałość czynów, cnót, cech.

1 Comment

  • Kasia

    23.05.2017 o 20:07 Odpowiedz

    Maja, dziękuję za ten artykuł !! 🙂 ostatnio miewam podobne sytuacje i czasem niełatwo mi się z nimi pogodzić. Wierzę, że Bóg działa i wtedy. Pozdrawiam!

Napisz odpowiedź